FAKTY

Magazyn Dialogu Społecznego

Końca kapitalizmu jeszcze nie widać

fot arc
fot arc

Z Tomaszem Płomińskim, filozofem, tłumaczem i redaktorem „Praktyki teoretycznej” rozmawia Wojciech Łobodziński.

Jak określiłby Pan dzisiejszy kapitalizm, czym różni się on od tego opisywanego przez Marksa czy też przez literatów pozytywizmu lub Młodej Polski?

Od czasów Marksa kapitalizm przebył kilka okresów swojego rozwoju – od rozdrobnionego, funkcjonującego lokalnie kapitału i konkurencji, z feudalnymi formami produkcji do lat 70. XIX w., przez epokę imperializmu, kiedy poprzez przemoc kolonizacji kapitalizm zaczął nabierać globalnego charakteru, następnie trzydziestu lat powojennego państwa dobrobytu i powstania współczesnej klasy średniej, dochodzimy w końcu do czasów współczesnych, czyli demontażu zabezpieczeń socjalnych, rozrostu kapitału finansowego i wchłonięcia wielu nowych sfer życia. Tym, co pozostało obecne na przestrzeni tych 150 lat, jest zdolność kapitału do ekspansji (zarówno zwiększania zasięgu, jak i wzrostu produktywności), przemoc towarzysząca wyzyskowi (dużo bardziej oczywista dla Marksa czy pozytywistów, dziś niejako „ukryta”, przeniesiona w odległe nam rejony świata albo odbywająca się w nie tak bezpośredni sposób) i cykliczne kryzysy. Jeśli zaś chodzi o nowe zjawiska, na pewno mamy do czynienia z wchłanianiem przez kapitał wcześniej niewycenianej pracy niematerialnej (opiekuńczej, naukowej czy komunikacyjnej), różnymi formami uelastyczniania relacji zatrudnienia i z finansjalizacją, czyli wzrostem znaczenia sektora finansowego.

Dzisiejszy kapitalizm ma swe centrum, takie jak kiedyś Wielka Brytania, a potem Stany Zjednoczone, czy raczej jest on, usieciowiony?

Oczywiście, jest w dużym stopniu usieciowiony, między innymi za sprawą splatającego globalną gospodarkę sektora finansowego, nie jest jednak jednorodny. Globalny wolny rynek równych, niezależnych podmiotów jest mrzonką – rynki w kapitalizmie od zawsze funkcjonowały w konkretnym kontekście politycznym i musiały być wytwarzane i zabezpieczane politycznie, a nie wyłaniały się spontanicznie. Na pewno więc nie chodzi o tego typu usieciowienie. Globalny kapitalizm osadza się na sprzeczności pomiędzy dążeniem do ujednolicenia (w każdym miejscu na świecie ten sam McDonald’s i Starbucks), a jednocześnie wytwarzaniem różnic – w tym podtrzymywaniem istnienia taniej siły roboczej. Stąd też mamy wciąż do czynienia z kapitalistycznym centrami i peryferiami. Podobnie rzecz ma się w sektorze finansowym; kluczowe są instytucje czołowych gospodarek, na które wpłynąć można niemal wyłącznie poprzez interwencję prawno-polityczną. W tej sieci zależności istnieją więc niewątpliwie punkty węzłowe, a ona sama jest budowana przez potężne, dążące do monopolizacji podmioty.

Można wyróżnić w dzisiejszej globalnej gospodarce jej wiodący sektor, sektor, który wytwarza największą część kapitału światowego?

Sektorem kluczowym w dzisiejszej gospodarce, a jednocześnie niewytwarzającym wartości w marksowskim sensie, jest wspomniany już sektor finansowy. W poszukiwaniu dodatkowych zysków kapitał sięga do przyszłości, próbując pomnażać nieistniejące jeszcze przepływy wartości. Motorem napędowym gwałtownego rozwoju rynków finansowych, a potem globalnego kryzysu nie jest chciwość poszczególnych bankierów – finanse są istotne, a obecnie nieodzowne dla całego procesu akumulacji kapitału. Problem polega na tym, że pomnażanie pieniądza z pominięciem sfery produkcji, choć najwygodniejsze, bo rozgrywające się w abstrakcyjny sposób, doprowadza kapitalizm do kolejnych barier, a cierpią na tym, jak zwykle, najgorzej sytuowani.

Czym będzie dla klasy robotniczej i klasy średniej automatyzacja produkcji? Jakie stawia ona wyzwania przed biedniejszymi warstwami społeczeństwa światowego?

To pierwsze pytanie musi pozostać otwarte, ponieważ ani rozwój techniczny, ani związane z nim zmiany społeczne nie mają obiektywnego, narzuconego z góry charakteru. Stanowią one i zawsze stanowiły kwestię polityczną, co pokazuje historyk Andreas Malm na przykładzie początków użycia paliw kopalnych i silników parowych, które u początków rewolucji przemysłowej wcale nie stanowiły tańszego ani efektywniejszego źródła energii w procesie produkcji niż młyny wodne – przyczyną była znacznie łatwiejsza kontrola nad siłą roboczą. Postęp techniczny jest więc w pewnym sensie kształtowany przez logikę pomnażania kapitału z jednej strony, a opór społeczny – z drugiej. Kluczowa jest więc świadomość, że konsekwencje automatyzacji, a także jej forma, nie są w jedynie w gestii Elonów Musków tego świata. Robotyzacja mogłaby w określonym ustroju społecznym uchronić nas od uciążliwej, wyniszczającej pracy, ale w obecnych warunkach bardziej prawdopodobnym skutkiem jest zwiększona kontrola nad pracownikami i chroniczne bezrobocie. Jeśli uznamy, że nie istnieje jedna, konieczna droga rozwoju, możemy zastanowić się nad możliwymi wariantami. Peter Frase w Czterech przyszłościach rozważa wizje świata po kapitalizmie: dwa decydujące czynniki to kwestia dostępności zasobów (taniej, odnawialnej energii umożliwiającej masową zautomatyzowaną produkcję) oraz porządku społecznego (społeczeństwo egalitarne, w którym każdy korzysta z wytwarzanego bogactwa albo hierarchiczne, z elitami dominującymi nad masami). Nieograniczona produkcja może według niego prowadzić albo do świata dostatku i równości, w którym praca służyłaby przede wszystkim rozwojowi zdolności każdego człowieka, przy ogólnym stosunkowym dobrobycie materialnym, albo też, w wersji hierarchicznej, do „rentyzmu”, w którym najbogatsi są w wyłącznym posiadaniu własności intelektualnej i środków produkcji, przez co cała reszta społeczeństwa musi zmagać się z generowanym przez automatyzację bezrobociem i rosnącymi nierównościami. Końca kapitalizmu, mimo targających nim kryzysów, jeszcze nie widać, ale te dwie jaskrawe wizje pokazują, że skutki automatyzacji zależą od tego, co zmieni – albo nie zmieni się – w kwestiach polityczno- społecznych.

Jak mogą na nią zareagować związki zawodowe? Czy w zautomatyzowanej gospodarce będzie dla nich miejsce?

Zmiany zachodzące we współczesnej gospodarce działają na niekorzyść tradycyjnej klasy robotniczej, a także ogólniej – wspólnoty ludzi pracy. Doraźnymi celami na pewno pozostaje zabezpieczenie wywalczonych przywilejów i sprzeciw wobec prekaryzacji zatrudnienia. Szersza perspektywa wymagałaby jednak rozwijania organizacji włączających ludzi rozproszonych, a nie skupionych w pojedynczych zakładach, pozostających w danej pracy przez ograniczony czas, a także migrantów. Takie warunki wydaje się bowiem stwarzać dzisiejsza dynamika rozwoju kapitalizmu.

Co mogą zrobić partie lewicowe, które kierowałyby się ideą egalitaryzmu czy państwa dobrobytu? Jakie powinny mieć one postulaty w związku z robotyzacją?

Rozwiązaniem politycznym, które prawdopodobnie najbardziej kojarzy się z tą kwestią, jest bezwarunkowy dochód podstawowy, czyli określona kwota wypłacana co miesiąc każdemu obywatelowi i obywatelce. Może ono wychodzić ze słusznego wniosku, że wypracowane bogactwo jest efektem funkcjonowania społeczeństwa jako całości, a zatem uzasadniona jest jego dystrybucja. Zastanawiający jest jednak fakt, że znajduje on wielu zwolenników wśród technokratycznych baronów z Doliny Krzemowej oraz zatwardziałych libertarian, może bowiem stanowić broń w służbie demontażu resztek państwa dobrobytu. Symboliczny dochód podstawowy miałby zastąpić cały szereg świadczeń – zasiłki, emerytury, ale też na przykład bezpłatną służbę zdrowia. Niezależnie od oceny tego instrumentu, cele partii lewicowych pozostają te same – równościowa dystrybucja bogactwa i realna demokratyzacja. Robotyzacja zaś może, przez dalszą koncentrację kapitału, przyspieszyć i wzmocnić przeciwne temu tendencje związane z rozwojem kapitalistycznym jako takim – wzrost nierówności i systemowe wykluczanie.

Jak prędko będzie postępował proces automatyzacji? Czy już widać jego początkowe efekty?

Proces automatyzacji postępuje od początków przemysłowego kapitalizmu. Karol Marks obserwował w połowie XIX wieku, w jaki sposób człowiek zostaje wcielony w fabryczną machinerię – to właśnie stanowiło jeden z aspektów alienacji robotnika. Dzisiejsze, a także prognozowane tempo zmian, nie jest radykalnie różne od poprzednich epok. Widmo sztucznej inteligencji przewyższającej człowieka też pozostaje bardzo odległe. Póki co, algorytmy uczenia maszynowego są w stanie wykonywać jedynie pojedyncze, ściśle określone zadania. Niektóre zawody są zagrożone pełną automatyzacją, póki co jednak nie możemy zapominać o milionach ludzi wykonujących podstawowe prace usług