Bullshit Jobs

fot Pixabay

Społeczeństwo obarczone obowiązkami, społeczeństwo odczuwające zmęczenie i przepracowane, społeczeństwo, w którym naczelnym problemem jest „dedlajn”, jest mniej skłonne do protestu i prawdziwie demokratycznej partycypacji politycznej.

Według szacunków firmy Cushman & Wakefield w samej tylko Warszawie
całkowite zasoby biurowe w 2018 r. wynosiły aż 5,5 mln mkw. Mimo tak dużej przestrzeni przeznaczonej wyłącznie na działalność biurową, w 2018 r. wartość transakcji przeznaczonych na budowę nowych biur przekroczyła 1,7 mld euro. W przyszłym roku planowane jest oddanie do użytku najwyższego wieżowca w Unii Europejskiej – Varso Tower i jeszcze pięć innych wysokościowców. Wszystkie ulokowane będą w ścisłym centrum miasta. Nie ulega zatem wątpliwości, że popyt na przestrzeń biurową w Polsce rośnie. Nie wiemy za to zbyt wiele o tym, co dzieje się pomiędzy szklanymi ścianami budynków, które tak intensywnie zaczynają dominować w krajobrazie stolicy? Jak to możliwe, że rocznie na
samą ich budowę wydaje się prawie 2 mld euro? Czym zajmuje się coraz
większa grupa ludzi pracująca w korporacjach?

Przyjęcie jednej spójnej kategorii dla zawodów korporacyjnych jest wyjątkowo ryzykowne. W jednym budynku biura wynajmuje najczęściej kilka-kilkanaście firm o często odległych od siebie profilach – od branży reklamowej przez usługi bankowe, doradztwo finansowe, tłumaczenia i startupy, po branżę IT. Dodatkowo każda z firm ma swoją, często
unikalną stratyfikację stanowisk, a wraz z nią spore rozpięcie w zakresie indywidualnych czynności i zadań pracowników. Tym, co w pewien sposób łączy większość warszawskich korporacji, jest wytworzona przez pracowników tożsamość, którą część z nich przyjmuje jako własną.
Choć warszawski „Mordor” traci już swój dawny blask, wciąż pracuje w nim 100 tys. osób, które wytworzyły coś w rodzaju lokalnej społeczności. Facebookowa strona „Mordor na Domaniewskiej” liczy ponad 160 tysięcy polubień. Wśród udostępnianych memów przeważają: narzekanie na poniedziałek, wyczekiwanie weekendu, żarty z rozmów kwalifikacyjnych, „dedlajnów”, projektów, czyli w skrócie wszystko, co współcześni
filozofowie upodobali sobie nazywać „pustym znaczącym”.
Dość ironiczna postawa wobec miejsca pracy przeplata się tu bardzo często
z językiem popularyzowanym przez pionierów współczesnego kapitalizmu Doliny Krzemowej, tyle że już mniej ironicznie. Czy jednak można tu mówić
o zbiorowej korporacyjnej tożsamości?
W wydanej w 2017 r. książce „Kapitalizm somatyczny – ciało i władza w kulturze korporacyjnej”, świadom fundamentalnych różnic pomiędzy branżami korporacyjnymi, Artur Szarecki proponuje zastosowanie pojęcia „kultury korporacyjnej” jako szeregu praktyk wspólnych dla dużej części międzynarodowych przedsiębiorstw. Jako jedną z powszechnie przyjętych praktyk uważa on tę polegającą na kształtowaniu tożsamości
pracownika w zgodzie z tzw. „wartościami” danej firmy. Od pracowników, jak pisze Szarecki, wymaga się dziś identyfikacji z celami i wynikami produkcyjności całego przedsiębiorstwa, dzieląc odpowiedzialność, która niegdyś spoczywała na barkach dyrektorów wyższego szczebla przy jednoczesnym utrzymaniu dawnego, wertykalnego systemu płac.
Przesunięcie odpowiedzialności za wyniki danej firmy na wszystkich pracowników oddzielnie, idzie często w parze z wytworzeniem całej gamy motywacyjnych sloganów i wspólnych pracownikom doświadczeń. W całym reżimie „dedlajnów” i kulcie produktywności badacze współczesnego kapitalizmu znaleźli jednak pewną lukę.

(…)

Ben O’Connor

Więcej w papierowym wydaniu Faktów do kupienia w wybranych salonach EMPiK lub na www.empik.com

Młodzi w walce o Matkę Ziemię

fot Pixabay

Od 14 grudnia w całej Polsce coraz więcej młodych ludzi angażuje się w Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, obok niego jest jeszcze wiele
innych grup i kolektywów, których celem jest walka ze zmianami klimatycznymi. Naszym rozmówcą jest młody warszawski działacz – Tytus Kiszka, który niedawno skończył liceum. Jest on jednym z członków Młodzieżowego Strajku Klimatycznego działającego na terenie Warszawy.

Jakie są główne postulaty waszej inicjatywy, Młodzieżowego Strajku Klimatycznego?
Przede wszystkim żądamy, by piąty raport Intergovernmental Panel on Cli-
mate Change, który mówi o zbliżającej się katastrofie klimatycznej, stał się podstawą działań politycznych rządu, ale też partii opozycyjnych. Chcielibyśmy, by ukierunkował on na przyszłe lata działania polskich grup politycznych, niezależnie od przynależności ideowej. Obecnie nauka jest ignorowana, nikt nie słucha naukowców. Raport ten jest na tyle obiektywny, że naszym zdaniem powinien on po prostu, dla dobra nas wszystkich, zostać przyjęty. Chcemy również, aby temat zmian klimatycznych był bardziej obecny w mediach. Teraz nie jest on obecny na tyle, by społeczeństwo było w stanie zrozumieć jak poważnym zagrożeniem są zmiany klimatu, jak bardzo czas nagli nas wszystkich do działania na rzecz ziemskiego ekosystemu. Temat zupełnie kompletnie nie wybrzmiewa, to musi się zmienić.


A macie jakieś pomysły strukturalne?
Jasne. Jednym z nich jest wprowadzenie do polskich szkół zajęć o klimacie. Chcemy, by od najmłodszych lat przyszłe pokolenia były uczone tego jak
dbać o klimat, jak żyć na Ziemi, jak sprawić, by natura nie obróciła się przeciwko nam. Takie zajęcia są niezbędne. Ja, moi znajomi i przyjaciele, wzięliśmy swoją wiedzę z Internetu, z książek, po które samodzielnie musieliśmy sięgać. W szkołach nie byliśmy uczeni tego, że Ziemia, jej naturalna równowaga, jest na krawędzi upadku, ani tego jak moglibyśmy temu przeciwdziałać.

(…)

Więcej w papierowym wydaniu Faktów do kupienia w wybranych salonach EMPiK lub na www.empik.com.

Rozmawiał Wojciech Łobodziński

JAN ŚPIEWAK – MAMY DO CZYNIENIA Z REFEUDALIZACJĄ

Jan Śpiewak

Jan Śpiewak fot arc


Z Janem Śpiewakiem rozmawiamy o losach afery reprywatyzacyjnej, jej konsekwencjach oraz o tym, co mówi ona nam o Polsce, o jej historii i teraźniejszości.

9 sierpnia wstawiłeś post na portalu Facebook informujący o tym, że są kolejne zatrzymania w ramach „Afery reprywatyzacyjnej”, która trwa już trzy lata. Byłbyś w stanie wymienić najważniejsze zdarzenia, które miały miejsce w ciągu tych ostatnich trzech lat, oraz podsumować całą sprawę?

Jan Śpiewak – Afera wybuchła na jesieni 2016 r., to był moment przełomowy, wtedy też prokuratura wszczęła śledztwo, a media, w tym głównie „Gazeta Wyborcza”, zaczęły zgłębiać temat. Najpierw jednak w trakcie wakacji 2016 r. opublikowaliśmy mapę „afery reprywatyzacyjnej”, która była niejako iskrą dla dalszego ciągu zdarzeń. Na niej wskazywaliśmy osoby odpowiedzialne za machloje gruntowe w Warszawie. Po wszczęciu śledztwa przez prokuraturę i wejściu w całą sprawę mediów głównego nurtu powstała komisja weryfikacyjna. Wtedy też doszło do pierwszych zatrzymań.

A co było głównym katalizatorem jesienią 2016 r.?

Jan Śpiewak – Katalizatorem, prologiem, całej afery był artykuł „Gazety Stołecznej”, który ujawnił, że działka pod Pałacem Kultury została przekazana prywatnemu właścicielowi z naruszeniem prawa, ponieważ Polska Rzeczpospolita Ludowa wypłaciła już, za swoich czasów, odszkodowanie pokrywające straty dotychczasowego właściciela. To był początek. Ale wtedy kompletnie się nie wydarzyło. Robiliśmy wtedy różne akcje, informowaliśmy o sprawie mieszkańców i mieszkanki, żądaliśmy dymisji w ratuszu, jednak nic się nie stało. Dopiero jesienią 2016 r. to wszystko wylało.

Właśnie wtedy powstała komisja weryfikacyjna, która naświetliła różne wymiary afery, wcześniej niedostępne opinii publicznej. Komisja ta oczywiście posiadała dość ograniczone kompetencje w kwestii odzyskiwania nielegalnie pozyskanych działek, jednak miała ona dużą siłę oddziaływania, to właśnie tam ofiary reprywatyzacji mogły pierwszy raz zabrać głos. Dziś większość z osób, które znalazły się na naszej mapie „Afery”, ma już postawione zarzuty, między innymi to właśnie ich dotyczył post, który umieściłem dziś na swoim profilu.

A jakbyś wytłumaczył to, że PiS-owi bardzo łatwo przyszło podchwycenie tej afery, wyniesienie jej na skalę całej Polski dzięki komisji Patryka Jakiego? Co tam się takiego wydarzyło?

Jan Śpiewak – Kto ma władzę, kto ma telewizję, ten ma moc. Wykorzystali oni komisję do uderzenia w PO, wykreowała ona również Patryka Jakiego na „szeryfa”. Pomogło to im w całej kampanii samorządowej, nie wiem jednak na ile pomogło im to w stolicy. Taka forma komisji była zdecydowanie bardziej atrakcyjna dla mediów i dla publiki, jej moc dyskursywna była bez porównania większa niż moc innych komisji, powołanych przez PiS, na przykład tych dotyczących Amber Gold czy VAT-u.

A na czym jeszcze opierała się skuteczność Komisji Jakiego? Była przecież również mowa o ustawie reprywatyzacyjnej, która nie została wprowadzona.

Jan Śpiewak – Ustawa o komisji reprywatyzacyjnej, nie jest najlepiej napisana, nie chcę tu jednak wydawać kategorycznych sądów. Ale jednak komisja ta reprezentowała pewną linię interpretacji prawa odnośnie całej sprawy, która jest mi niezwykle bliska. Stawiała ona jako priorytet prawa lokatorów, naprzeciwko tej linii stały sądy administracyjne, których linia stawiała na piedestał prawa kamieniczników czy wanna-be właścicieli. Ratusz, sądy i instytucje miasta twierdziły wcześniej, że wszystko było zgodnie z prawem, więc powinniśmy się odczepić.

Komisja weryfikacyjna oraz reprywatyzacyjna, i my również twierdziliśmy, że właśnie nie, nie było to zgodne z prawem i ludzie odpowiedzialni za to powinni ponieść odpowiedzialność za tragedie wielu ludzi, które były efektem wzbogacenia się kamieniczników i wanna-be właścicieli działek. To jest jedna strona medalu. Z drugiej strony Ustawy Reprywatyzacyjnej nie wprowadzono, a mamy teraz ostre parcie ze strony organizacji żydowskich, które stawiają przed rządem polskim absurdalne żądania dotyczące ziemi i pieniędzy. Ten lobbing musi i musiał być potężny, ponieważ to właśnie jego konsekwencją jest niewprowadzenie tej ustawy. Jesteśmy teraz de facto w martwym punkcie. Nie wiadomo czy za kilka lat warszawski ratusz znów nie zacznie oddawać działek w ten sam sposób co wcześniej.

A byłbyś w stanie podać przykłady działań na polu walki z mafią reprywatyzacyjną, które doprowadziły do realnej zmiany sytuacji jej ofiar, lokatorów?

Jan Śpiewak – Z pewnością sam wybuch afery zmienił politykę miejską. Hanna Gronkiewicz-Waltz wtedy właśnie postanowiła, że miasto nie będzie oddawać nieruchomości z ludźmi. Był to wynik ogromnej presji ze strony organizacji miejskich, mediów oraz prawników. To jest największy sukces. Nie ma już eksmisji na bruk. Ale sytuacja tych ludzi, którzy zostali już wyrzuceni na bruk, niestety w wielu przypadkach się nie poprawiła.

Istnieje jakiś morał z tej całej sprawy, z tych trzech lat, który dotyczyłby ogólnopolskiej sytuacji lokatorów?

Jan Śpiewak – Od dawna mówię o tym, że w tym dzikim polskim kapitalizmie bardzo często trudno zauważyć, gdzie kończy się kapitalizm, a gdzie zaczyna grupa przestępcza. Faktycznie jest tak, że sądy i ratusz miały taką perspektywę, że jest sobie mienie komunalne, i trzeba się go pozbyć, trzeba je skomercjalizować, a ludzi, którzy tam mieszkają, trzeba się pozbyć.

To jest cały czas kalka z propagandy lat 90.

Jan Śpiewak – Tak, zdecydowanie. Jak to możliwe, że ludzie mieszkają w centrum miasta w mieszkaniach komunalnych?! Przecież oni wszyscy powinni wziąć kredyt hipoteczny i mieszkać na Białołęce. To była właśnie taka narracje, niezwykle agresywna, wprost neoliberalna. Takie rozumowanie nie dotyczyło i nie dotyczy tylko lokatorów i mieszkań komunalnych. Przecież doświadczyliśmy takiego samego myślenia rządzących od 89’ roku, również na polu państwowych przedsiębiorstw wszelkiego rodzaju.

Dzięki prywatyzacji, często pół-legalnej, uwłaszczyła się cała masa ludzi pochodzących z nomenklatury PRL-owskiej czy solidarnościowej. Mieszkalnictwo było tylko jedną z części tego procesu, który trwa do dziś. W Warszawie ta wizja neoliberalna spotkała się z narracją socjaldemokratyczną ruchów miejskich, ponadto w międzyczasie do władzy doszedł PiS, który oficjalnie głosi poglądy solidarystyczne, jednak jak wiemy, wielu posłów partii rządzącej nadal kieruje się wartościami neoliberalnymi, wyciągniętymi wprost z lat 80. i 90.

Jakbyś nazwał efekty działań nomenklatury posttransformacyjnej?

Jan Śpiewak – Moim zdaniem mamy tutaj do czynienia z refeudalizacją. Przywracamy stosunki własnościowe sprzed wojny, wyczyszczamy po drodze długi kamieniczników, a nie okłamujmy się, przed wojną w Warszawie większość kamienic należała do obywateli żydowskich, niemieckich, następnie część do arystokracji oraz polskiego mieszczaństwa.

Tutaj mamy próbę przywrócenia tych stosunków, sprowadza się wręcz lokatora do pozycji chłopa pańszczyźnianego, który nie jest człowiekiem, tylko, jak to mówili handlarze roszczeniami, jest wkładką mięsną. Sądy podzielały tę optykę, popierały one jasno kamieniczników i spekulantów, działania sądów doprowadziły do powstania narracji, która przez lukę w prawie, stała się de facto „prawem”, sposobem działania w sprawach lokatorskich.  Sądy stały się tutaj narzędziem władzy bogatych, władzy nad biedniejszymi.

Rozmawiał: Wojciech Łobodziński

Arrivederci polska energetyko

O ile można się sprzeczać czy transformacja ustrojowa w Polsce przebiegała w sposób racjonalny, o tyle z całą pewnością można stwierdzić, że swoim zasięgiem nie objęła sektora energetycznego.

Nie uda się utrzymać rozwoju gospodarczego na poziomie 5 proc. bez taniego i dostępnego paliwa. Wydaje się, że o tym jednak politycy zapomnieli, choć poważny sygnał ostrzegawczy otrzymali kilka lat temu, gdy upał doprowadził do serii wyłączeń, a w konsekwencji do reglamentacji energii elektrycznej. Wydarzenie to, choć odsłoniło rzeczywistą skalę problemu oraz defekty polskiego sektora energetycznego, zamieciono jednak pod dywan. Obecnie dywan robi się jednak coraz krótszy, a prawda jest porażająca. Blisko 15 proc. wszystkich aktywnych bloków energetycznych liczy sobie – bagatela! – 50 lat. Kolejne 40 proc.
bloków ma 40 lat, a większość z nich już dawno powinna być wyłączona z eksploatacji. Źle jest także ze sprawnością najstarszych bloków, która osiąga zaledwie wartość 36-38 proc. Dla porównania, sprawność nowych bloków to 46–50 proc.
Ten wskaźnik jest o tyle ważny, że ma bezpośrednie przełożenie na poziom zużycia węgla niezbędnego do wytworzenia energii. Jeśli sprawność kotła wynosi 36 proc., to do wytworzenia 1 MWh potrzeba średnio 376 kg węgla
kamiennego, zaś gdy kocioł jest sprawny w 49 proc. ilość niezbędnego węgla do wytworzenia energii zmniejsza się o 84 kg, czyli ponad 20 proc.
Ten fakt ma szczególne znaczenie w sytuacji drożejących kosztów ludzkiej
pracy, kurczących się zasobów węgla kamiennego i brunatnego, większych nakładów na technologie wydobywcze, czy nowych limitów emisji CO2. Efekt? Polska przestaje być eksporterem, a staje się importerem surowca.

(…)

Mariusz Brzeziński

Więcej w papierowym wydaniu Faktów dostępnym w salonach EMPiK lub za pośrednictwem strony www.empik.com